piątek, 10 lipca 2026

12,13

XII

Przez gęste, paeońskie drzewa nie docierało za dużo światła, a niebo widać było tylko skrawkami, ale to, co było wciąż widoczne przybrało barwę ognia i tliło się pomiędzy sękatymi gałęziami i wielopalczastymi liśćmi, dając Mizuki do zrozumienia, że gdzieś tam, na zewnątrz, właśnie zachodziło słońce.
Westchnęła przeciągle i oparła się o parapet z gałęzi, wyglądając przez nieregularne okno, uformowane z kolejnych gałęzi na środku ściany zbudowanej z tejże, która razem z trzema innymi tworzyła dość sporych rozmiarów pokój, wypełniony gałęziami, pniami, sękami i maleńkimi listkami. W Paeonii wszystko było zbudowane z drzew. W zasadzie drzewo samo w sobie było właściwą definicją Paeonii w ogóle. Dla drzewa, przez drzewo, z okazji drzewiego święta i ku drzewiej czci – według mniej więcej takiego kodeksu żył i postępował każdy mieszkaniec tej zadziwiającej puszczy – będącej zarazem jedną całością i milionem odrębnych istnień jednocześnie.
Ktoś zapukał do drzwi – z poskręcanych gałęzi – i Mizuki wzdrygnęła się z zaskoczenia.
“Co oni znowu ode mnie chcą?” zdenerwowała się, w dwóch krokach przechodząc przez pokój i otwierając. Widząc intruza otworzyła usta, chcąc coś powiedzieć, ale język uwiązł jej w gardle.
Wysoki Viharyjczyk stał przed nią z nieco głupim wyrazem twarzy. “Jak mu tam było...? Głupia, przestań udawać, że nie pamiętasz jego imienia. Doskonale pamiętasz wszystko na jego temat.”
- Przepraszam, że tak bez uprzedzenia – uśmiechnął się, nieco zakłopotany jej intensywnym spojrzeniem. - Ale w tych okolicznościach naprawdę nie wiedziałem, jak mam panią uprzedzić. Mogę wejść?
- T-tak, proszę – zająknęła się, ale szybko oprzytomniała i wpuściła go do środka. - Przykro mi, ale nie mam pana czym ugościć...
Spojrzał na nią, jakby nagle wyskoczyła jej z barku druga głowa.
- Myślę, że nie będę się tym przejmował – popatrzył jej poważnie w oczy. - Zwłaszcza, że mam ważniejsze sprawy na głowie.
Przełknęła nerwowo ślinę, nie bardzo wiedząc, o co mu może chodzić.
- Wydaje się pani nieco bardziej wtajemniczona w tą przedziwną sytuację, więc pomyślałem sobie, że może mogła by pani zdradzić kilka szczegółów.
Momentalnie wzięła się w garść.
- Ma pan na myśli pobyt tutaj? - zapytała ostro. Przytaknął.
Zawrzało w niej. Sama nie wiedziała, czy to przez jego bezczelność, czy zawód, że nie przyszedł tu tylko dla jej towarzystwa – do którego to nie chciała się za bardzo przed sobą przyznawać.
Nie wiem, z czego pan to wywnioskował, ale zapewniam pana, że elfy też nic mi nie powiedziały.
Mimo to wiedziała pani coś na temat ich wyroczni – zauważył cierpko. - Słyszałem, jak kłóciła się pani z jednym z nich.
- Do pana wiadomości – wysyczała przez zęby. - Ta ich głupia wyrocznia jest powodem tego, że straciłam pracę w księgarni i tego, że tu w ogóle jestem!
- Jak to? - zdziwił się szczerze. - Jak elficka wyrocznia mogła być odpowiedzialna za pani zwolnienie z księgarni?
Popatrzyła na niego hardo.
- Myślę, że to nie pana sprawa.
Odwrócił wzrok.
- Przepraszam.
Długo trwało milczenie i Mizuki zaczęła się zastanawiać, kiedy wreszcie sobie pójdzie, bo czuła już w głębi rychły powrót bardzo złego humoru i chciała posmucić się i pocierpieć w samotności. W końcu, kiedy już miała go wypraszać, zdecydował się odezwać. Uśmiechnął się jakoś tak dziwnie i przeczesał palcami włosy.
- Nie wyszło to tak, jak bym chciał, muszę przyznać...
- A jak pan chciał? - spytała, krzyżując ręce na piersi.
- Chociażby tak, żeby pani nie zwracała się do mnie per pan – odparł, odwracając głowę i patrząc prosto na nią. Zmieszała się. - Jestem Gabriel. A pani?
Po chwili wahania wyciągnęła rękę.
Mów do mnie Mizuki.
Bardzo ładne imię, Mizuki.
- Dziękuję.
Nastała kolejna chwila niewygodnej ciszy. Pierwszy przerwał ją Gabriel.
- Przepraszam za moje zachowanie. Nie chciałem cię urazić... Denerwuje mnie tylko to, że nie wiem, o co chodzi.
- Ja też nic nie wiem – powiedziała, ale po chwili dodała – Dobrze, być może wiem, że wyrocznia zadała sobie sporo trudu, żeby mnie tu sprowadzić. Zupełnie nie wiem, dlaczego. Mówiąc szczerze, przeraża mnie to.
- Mnie też – zgodził się. - Nienawidzę, jak coś nieprzewidywalnego psuje mi plany. Moja siostra, natomiast, jest tym wszystkim zachwycona.
Mizuki zaśmiała się.
- Naprawdę?
- Tak. Te wszystkie nadskakujące jej elfy wprawiają ją w stan błogiego szczęścia. Wydaje jej się, że zawróciła wszystkim w głowach. Szczególnie tym przystojniejszym.
- Właśnie – Mizuki spoważniała. - Czyli też zauważyłeś, że wszyscy tu traktują nas, jakbyśmy byli jakąś arystokracją?
- Tak. Wszyscy pomagają, kłaniają się, szeptają, są podekscytowani i w ogóle zachowują się, jakby zobaczyli jakieś bóstwa. Bardzo to podejrzane.
- Najbardziej niepokojące jest z tego wszystkiego to, że oni wszyscy zdają się wiedzieć, co tu robimy i kim jesteśmy. I nikt nie chce nam powiedzieć.
- Nie mówmy już o tym – westchnął Gabriel. - Poinformują nas, kiedy będzie na to pora.
- Racja.
Popatrzyli po sobie nieco zmieszani. Mizuki zreflektowała się.
- Może usiądziesz?
- Dziękuję.
Po kolejnej chwili spędzonej w milczeniu Mizuki zdecydowała się zacząć pierwszy temat, który przyszedł jej do głowy.
- Zdążyłeś już może zacząć “Niemagiczną krainę”?
Oczy mu się zaświeciły.
- Jestem już w połowie. Von Kraft jest naprawdę genialny... Skąd on w ogóle miał takie informacje? Myślałem, że większość śladów cywilizacji sprzed wielkiego ocieplenia zatonęła.
- Zdziwiłbyś się, jak dużo się zachowało. Trzeba tylko wiedzieć, gdzie szukać. Dawno już interesujesz się prehistorią?
Od tego momentu rozmowa potoczyła się tak dynamicznie i tak błyskawicznie, że Mizuki nie wiedziała nawet, kiedy zrobiło się już tak późno, że zaczęła ziewać. Zdziwiona swoim tak drastycznym odłączeniem się od rzeczywistości, nie zaprotestowała kiedy Gabriel przy pożegnaniu dłużej niż to było normalnie dozwolone przytrzymał jej dłoń. Nie miała jednak siły roztrząsać powagi dziwnej wesołości, która ją wtedy ogarnęła, ani tego, że kiedy już zamknęła za nim drzwi poczuła, że już brakuje jej jego towarzystwa. W ogóle o tym nie myśląc rozebrała się do bielizny i legła w gałęzianym łóżku jak kłoda.

XIII

- Joslyn, nie podoba mi się to – syknęła do niego Ioan. - Zmywajmy się stąd jak najszybciej.
Joslyn musiał się z nią zgodzić. Sytuacja, w której się znaleźli była co najmniej zakakująca. Dziesięć minut temu dotarli do granic Paeonii, a strażnicy zamiast wpuścić ich na trakt kulturalnie zaciągnęli ich wgłąb puszczy nie zważając na żadne protesty. Oficjalnym pretekstem tak nietypowego zachowania była chęć poznania jedynej seeladońskiej wojowniczki przez elficką wyrocznię. Nie wierzyła w to Ioan i on też nie postawiłby na to nawet jednej korony. Zwłaszcza, że eskortujący ich do pałacu elf był zbyt podekscytowany, żeby mogło chodzić o taką błahostkę.
Elfy usuwały im się z drogi, kiedy szli zielonymi, malowniczymi ścieżkami i mijali mieszkania z poskręcanych drzew z zasłonami z długich, wiszących liści i powiewających na lekkim wietrze lian. Wszystko wkoło ruszało się i szumiało przepięknie, a gdzieś pośród drzew ptaki świergotały na tysiące głosów, każdy swoją melodię i według swojego rytmu. Elfy rozmawiały śpiewnie w swoim niezwykle miłym dla ucha języku, a cały ten muzyczny rozgardiasz komponował piosenkę, która tworzyła osobną obecność w powietrzu i zmieniała się tak, jak ruszały ruszały drzewa i wszystkie inne rośliny, jakby witając ich w tym ogromnym i niezbadanym lesie.
Nie wiedząc kiedy wyszli na niby-polanę, otwartą wewnątrz, lecz osłoniętą od nieba przez ciasno splecione korony i blaszki wielkich liści, które wpuszczały do środka zaledwie niewielkie ilości światła, tworząc wszechobecny półmrok.
Na środku polany stał zbudowany z niezliczonej ilości drzew pałac.
- Zaprowadzę państwa do komnat, w których państwo będą łaskawi poczekać, aż wyrocznia będzie gotowa się z państwem spotkać – odezwał się elf, uśmiechając się grzecznie. - Elfki służebne podadzą państwu posiłek.
Ani Ioan, ani Joslyn nie odezwali się na to słowem. Byli zapatrzeni na coś zupełnie innego – w oddali, prawie zaraz pod ścianą pałacu, w maleńkim, białoniebieskim ogrodzie, siedziały dwie osoby. Od razu zwrócili na nich uwagę, ponieważ ich ciemny kolor skóry odróżniał się znacząco od powszechnej elfiej bladej karnacji.
Nie ulegało wątpliwości, że to Viharyjczycy. Joslyn miał pewne podejrzenia, co do ich tożsamości. Zerkając na Ioan upewnił się, że i do niej dotarło, kto dokładnie siedzi w pałacowym paeońskim ogrodzie. Wymienili znaczące spojrzenia.
W sercu Paeonii, którego zwykli podróżni nigdy nie widywali, Gabriel i Apricot Berry wyglądali na raczej zadomowionych.
Szybko doszedł do wniosku, że wszelakie obawy, jakie miał jeszcze przed chwilą były niczym wobec tego, co poczuł teraz.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Id, ego, superego

I felt very strange. Although I had never been able to swim, I was now floating on the ocean waves. What's more, despite my innate avers...