- Nie wierzę ci. Nie mogłaś przeczytać aż tysiąca książek!
Mizuki roześmiała się.
- Myślę, że już dawno przekroczyłam tysiąc.
Gabriel potrząsnął głową z niedowierzaniem.
- To niemożliwe.
- Dlaczego? Przecież pracowałam w księgarni.
- Ale musiałaś przecież robić też inne rzeczy! Spać i jeść chociażby! Obsługiwać klientów, spotykać się z przyjaciółmi...
Zmarkotniała.
- Najpierw trzeba ich mieć, żeby się z nimi spotykać.
Pomilczał przez chwilę, ostatecznie decydując się nie drążyć tematu. Mizuki miała jednak inne plany.
- Widzisz, w Seeladonie kobiety zazwyczaj same się nie utrzymują... Zwykle są na garnuszku męża albo najstarszego mężczyzny z rodziny... Kobietom być może niekoniecznie się to podoba, ale znoszą to, bo nikt ich nie nauczył inaczej. Mimo to mężczyznom wydaje się, że wszędzie czają się jakieś pokusy, które zwiodą ich żony, matki i córki na manowce... - poprawiła machinalnie okulary. - A ja jestem taką właśnie pokusą. Kobieta pracująca, wykształcona, tak zwana wyzwolona... Istna persona non grata w Seeladońskim społeczeństwie. Kobiety unikają, mężczyźni traktują jak ścierwo. No, może poza moim byłym szefem. Ale on nie był Seeladończykiem.
- Nie? - zdziwił się Gabriel. - To skąd był?
- Zza Gór Skalistych. Na początku nie byłam do niego zbyt przekonana – uśmiechnęła się. - W końcu Shibai nigdy nie było z jego ludem w dobrych stosunkach... Ale szybko doszłam do wniosku, że niezły z niego gość. Płacił też całkiem nieźle.
- Jak to w ogóle możliwe, że obcokrajowiec przejął największą seeladońską księgarnię?
Mizuki wzruszyła ramionami.
- Chyba kwestia dziedziczenia. Coś tam wspominał o dobrych kontaktach z poprzednim właścicielem, a tamtem, z tego, co mi wiadomo, nie miał żadnego dziedzica. Łatwo domyślić się reszty.
- A ty? - zmienił temat, spoglądając na nią uważniej. - Jak znalazłaś się w Seeladonie? W dodatku zupełnie sama?
Pukanie do drzwi rozległo się właśnie w momencie, kiedy Mizuki otwierała usta. Zamiast odpowiedzieć na jego pytanie zmuszona była otworzyć temu, kto zakłócał im spokój, ktokolwiek to był. Siedzieli w jej pokoju już ze trzy godziny, na przemian rozmawiając i milcząc, a przez cały ten czas Gabriel nie mógł się nadziwić, że Mizuki z każdą chwilą podobała mu się coraz bardziej.
W drzwiach stała Apricot. Obrzuciła jego i Mizuki wyniosłym spojrzeniem, po czym odrzucając włosy do tyłu oznajmiła:
- Przykro mi, że wam przeszkadzam, ale właśnie jesteśmy wzywani do wyroczni.
Pierwsza zareagowała Mizuki.
- Do wyroczni? Teraz?
Apricot prychnęła.
- No przecież mówię.
- Ale gdzie jest wyrocznia? - spytał głupio Gabriel.
- Ten jeden miły elf nas zaprowadzi – odpowiedziała Apricot głosem, jakby to było oczywiste.
W tym właśnie momencie do pokoju wsunęła się jasnowłosa głowa elfa służebnego, którego do tej pory Gabriel widział zarządzającego elfkami przygotowującymi im posiłki.
- Czy państwo są już gotowi?
Apricot rozpromieniła się w uśmiechu.
- Ależ tak. Już idziemy.
Zanim zdążył cokolwiek powiedzieć, jego siostra zaciągnęła go w pogoń za żwawo idącym elfem. Mizuki podreptała na końcu.
Elf poprowadził ich krętymi, ciemnymi korytarzami do potężnych wrót pilnowanych przez jego dwóch uzbrojonych rodaków. Elfy otwarły przed nim wielkie drzwi, kłaniając im się w pas.
Sala, do której weszli, przytłaczała swoim rozmiarem i ilością kwiecia, zdającego się rosnąć dosłownie wszędzie. Tam, gdzie nie było kwiatów, widać było mocno splecione pnie i gałęzie.
Komnata byłaby pusta, gdyby nie Seeladonka i Bertraamczyk, których Gabriel widział wczoraj i jeden blondwłosy elf. Przez moment wydawało mu się, że to może być ta sławna elficka wyrocznia, ale ten elf wyglądał bardziej na wojownika niż myśliciela.
Elf służebny pożegnał się i po chwili zostali sami. Stanowili trzy grupki: Gabriel, Mizuki i Apricot, Bertraamczyk i Seeladonka i wreszcie elf, stojący nieco na uboczu. To jemu Gabriel przyglądał się najdłużej i najdokładniej, ale nie dostrzegł w nim ani w jego zachowaniu niczego odbiegającego od normy.
Nagle ciszę rozdarł dźwięk rozsklepiających się drzew i przez przerwę między gałęziami przeszedł ciemnowłosy, dostojny elf. W przeciwieństwie do reszty Paeończyków, ubierających się raczej w zielenie i brązy, ten miał na sobie kruczoczarną tunikę, spodnie i długie szaty, bogato zdobione leśnymi ornamentami.
- Witam was – odezwał się bez ogródek, a jego doniosły głos poniósł się echem po komnacie. - Moje imię to Simeon, ale wy z pewnością jesteście bardziej obeznani ze mną jako z elficką wyrocznią.
Gabriel miał ochotę się roześmiać. Co za ironia! A on cały czas myślał, że wyrocznią będzie kobieta!
Przestało mu być do śmiechu kiedy usłyszał kolejne słowa elfa.
- Wezwałem was wszystkich tutaj – zawiesił teatralnie głos, - ponieważ zostaliście wybrani do wielkich celów.
W przeciągu kolejnych kilku minut wiele rzeczy zupełnie straciło dla Gabriela sens.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz